„Któż jak Bóg” Dwumiesięcznik o Aniołach i życiu duchowym. Potęga modlitwy do św. MichałaPotęga modlitwy do św. Michała

kjb24

Potęga modlitwy do św. Michała

 Czy naprawdę wiemy, o co się modlimy? Czy zdajemy sobie sprawę z potęgi naszej modlitwy? Czy wierzymy, że Bóg słucha nas nieprzerwanie i cieszy się, gdy rozmawiamy z Nim i Jego aniołami? Oto medytacja nad modlitwą papieża Leona XIII, która pomoże nam zrozumieć i lepiej poznać Księcia Niebieskich Zastępów. Modlitwę rozpoczynamy wezwaniem „Święty Michale Archaniele”. Wiemy zatem, że mamy nie tylko czcić aniołów, ale również ich wzywać. Bóg pragnie, byśmy prosili ich o pomoc w wypraszaniu łask. Ich wstawiennictwo u Boga jest o wiele skuteczniejsze niż nasze własne starania. Kim jest św. Michał, którego wzywamy na początku modlitwy? Jest on nie tylko największym spośród dobrych duchów, ale także tym, który zachęca nas do zdobycia nieba i dołączenia do jego zastępów. Zauważmy: Michał należy do chóru archaniołów – „archanioł” oznacza anioła głównego, najważniejszego, prowadzącego. To właśnie Michał poprowadził resztę aniołów do kluczowej bitwy w dziejach stworzenia, bitwy pomiędzy tymi, którzy obrali Boga za swojego Pana a tymi, którzy wymówili Bogu posłuszeństwo.

 Nieustanna wojna

Pierwsza prośba to „broń nas w walce”, po łacinie „defende nos in proelio”. Słowo „proelio” nie oznacza zwykłej bitwy, walki, lecz nieustającą wojnę. Czy nam się to podoba czy nie, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie, wszyscy zostaliśmy zwerbowani do wojska Kościoła Wojującego. Podobnie jak Michał i jego aniołowie, my również toczymy wojnę z siłami ciemności. Bylibyśmy ślepi, gdybyśmy uważali siebie za stworzonych tylko dla świata materialnego. Nasze życie tu na ziemi to ustawiczna wojna, dlatego prosimy św. Michała o pomoc przeciw złym duchom. Kieruje nimi „Książę tego świata”. To nie jest figura stylistyczna, według definicji chrześcijańskiej księciem tego świata jest Szatan. Dlatego przyznajmy: potrzebujemy pomocy aniołów. Zacięta walka toczy się bowiem na terenie naszego ducha, w głębi naszych dusz i naszej woli. Skoro jest to walka duchowa, najlepszą pomoc możemy otrzymać właśnie od duchów niebieskich.

 Słodkie pokusy

Następnie wypowiadamy słowa: „a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha”. Diabeł jest niegodziwy z natury. Jego natura, w przeciwieństwie do naszej, nie tylko jest upadła. Natura diabła jest do szpiku zła. O co się więc modlimy? Byśmy otrzymali światło dla rozumu i siłę dla woli przeciw chytrości, przebiegłości, oszustwom, kłamstwom i szatańskim intrygom złych duchów. Przypomnijmy sobie kuszenie Ewy w rajskim ogrodzie. Diabeł nigdy nie okazuje całej swej niegodziwości, kiedy chce nas do czegoś nakłonić. Jest na to zbyt mądry. Nie ma pokusy nieprzyjemnej. Wszystkie pokusy szatańskie są atrakcyjne, słodkie i piękne. Diabeł może nawet wykorzystać naszą wiarę, nasze pobożne gesty, czy też język religii. Wszystko po to, byśmy poszli za nim!

Niech Bóg weźmie sprawy w swoje ręce

„Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy…” – zauważmy pewną zmianę. Wcześniej wzywaliśmy św. Michała, teraz zwracamy się do Boga bezpośrednio, prosząc Go, by wziął sprawy w swoje ręce, by odebrał diabłu władzę oszukiwania nas. Podkreślmy, iż główną taktyką szatańską jest kłamstwo. Prosimy więc Boga o trzy łaski niezbędne do osiągnięcia nieba i uniknięcia piekła:

Łaskę rozpoznania knowań diabelskich. Potrzebujemy światła Bożego dla rozpracowania szatana, który zawsze udaje anioła światłości.

Łaskę siły, byśmy mogli oprzeć się Szatanowi, co jest możliwe jedynie z mocy Bożej.

Łaskę ochrony przed nami samymi, gdy bezmyślnie wystawiamy się na pokusy, zamiast starać się o cnotę roztropności. Modlimy się do Boga za wstawiennictwem św. Michała. O co się modlimy? O łaskę Bożą, byśmy potrafili przeciwstawić się pokusom i o łaskę zrozumienia. Zrozumienia czego? Tego, że możemy być zwiedzeni przez złego ducha, który jest wielkim uwodzicielem. Kto osiągnie niebo? Ci, którzy się modlą. Kto nie zostanie zbawiony? Ci, którzy się nie modlą. Szatan wykorzystuje ludzi jako swoje marionetki. Wielu jego wyznawców zajmuje wysokie stanowiska w państwowych urzędach na całym świecie. Powinniśmy rozpoznawać sytuacje, w których diabeł próbuje nas odwieść od posłuszeństwa i wierności Bogu.

Sami jesteśmy niczym

„A Ty, Książę Wojska Niebieskiego… mocą Bożą”. My katolicy wierzymy, że św. Michał jest szczególnie blisko Boga i może wypraszać nam wiele łask. Wzywamy św. Michała, by wstawiał się za nami u Boga. Jego rola nie zmieniła się w ciągu wieków historii ludzkiej i anielskiej. Prowadził aniołów do walki na początku dziejów i robi to również dzisiaj. Ta sama wojna, która rozpoczęła się na początku świata, toczy się także dzisiaj. Jest to duchowa wojna między dobrymi i złymi duchami oraz między nami, ludźmi, a demonami. Jakże potrzebujemy pomocy św. Michała! Sami, ze swoimi wątłymi siłami, jesteśmy niczym wobec legionu demonów. Potrzebujemy nieustannej pomocy Boga. Stwórcy spodobało się udzielać nam pomocy przez swoich aniołów. Wiara mówi nam, że odkąd złe duchy zostały strącone do piekła przez zastępy aniołów pod wodzą św. Michała, bez ustanku knują przeciw nam. Bóg dał nam aniołów, wysłanników z nieba, by przekazywali nam wolę Bożą oraz ramię w ramię z nami walczyli z demonami. Bez ich pomocy nie mamy żadnych szans.

Kuszenia nie unikniemy

„Szatana i inne duchy złe… strąć do piekła”. Szatan to inne imię Lucyfera. Podobnie jak św. Michał jest wodzem duchów niebieskich, tak Lucyfer rządzi demonami w piekle. Słowo „szatan” oznacza „przeciwnika” lub „oskarżyciela”. Jest on bardzo przebiegły! Jako genialny intrygant, świetnie potrafi kusić nas, ludzi, do spiskowania przeciw Bogu. Pamiętajmy, Szatan jest księciem tego świata i stara się przeniknąć do najwyższych kręgów władzy. Co oznacza nasza prośba, by św. Michał strącił do piekła Szatana i inne złe duchy? Prosimy, by św. Michał trzymał Szatana z daleka od nas, by nie udało mu się nas zwieść. Nie jesteśmy w stanie pojąć tajemnicy kuszenia, coraz lepiej jednak rozumiemy, coraz lepiej wierzymy, że wrogowie naszych dusz ciągle knują przeciwko nam. Ale uwaga: nie prosimy o uwolnienie nas od pokusy. Jeśli sam Chrystus doznawał kuszenia, bądźmy pewni, że również my doświadczymy podobnych przeżyć. Jest to pewna część Jego planu wobec nas. W modlitwie błagamy św. Michała, by do piekła wysłał Szatana i jego pobratymców – bez nas. Pamiętajmy o dwóch przyimkach: błagamy o zbawienie nas „dla” nieba, a „od” piekła.

Uciec przed śmiercią duszy

Szatan, „który na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krąży”, dyszy żądzą, by pozbawić nas duszy. Udało mu się z powodzeniem wprowadzić jedną śmierć do naszego życia: śmierć naszych ciał. Wiara mówi nam, że gdyby Pierwsi Rodzice nie zostali skuszeni przez diabła, gdyby pozostali wierni Bogu – zarówno oni, jak i my, ich potomkowie, cieszylibyśmy się życiem wiecznym. Bóg bowiem zamierzył dla nas nieśmiertelne ciała i dusze. Diabeł osiągnął sukces: ludzie stali się śmiertelni. O co zatem prosimy św. Michała? By uchronił nas przed drugą śmiercią – śmiercią duchową. Upadłe anioły po buncie doświadczyły śmierci duchowej. Błagamy o pomoc św. Michała, by nam nie przydarzyło się to samo. Piekło powstało wtedy, gdy stworzenia Boże odmówiły poddania swej woli Bogu. Innymi słowy, modlimy się o łaskę wytrwałości i łaskę życia wiecznego, gdy nasze ciała umrą. Będziemy żyć nadprzyrodzonym życiem Boga i, tak jak aniołowie, osiągniemy niebo.

***
Maryjo, Królowo aniołów, wyproś nam u Jezusa największy dar naszego życia: dar życia z Twoim Boskim Synem w wieczności, gdzie Ty razem ze św. Michałem i wszystkimi aniołami i świętymi nas oczekujecie. Amen.

tłum. i oprac. A. Pawłowska

 Opracowanie na podstawie: Fr John A. Hardon SJ, „Meditations on the Angels”, str. 147-152.

źródło: http://kjb24.pl/

Tydzień po Świętach Wielkanocnych (tj.12.04), będziemy obchodzić Niedzielę Bożego Miłosierdzia. W związku z tym polecamy pozycję książkową”Święta Blogerka siostra Faustyna”. Autor: Marcin Kornas

Timage001ytuł: Święta Blogerka siostra Faustyna.
Autor:
Marcin Kornas

Wydawca: Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2015r.
Dane techniczne: format: 12,0 x 18,50 cm, s. 150, oprawa miękka
Cena detaliczna: 19,90 zł.
Dostępna: Książka dostępna w dobrych księgarniach, oraz na www.edycja.pl 

Informacja o książce:
Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, że Dzienniczek siostry Faustyny to taki współczesny blog…

ze wstępu autora

Jak zachęcić do przeczytania książki o świętym? Nie jest to łatwe zadanie, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że taki święty już wiele lat temu pisał bloga, wówczas sprawa wygląda zupełnie inaczej. Autor ujawnia, jak Helena Kowalska (później Siostra Faustyna) doszła do stworzenia własnego bloga i co ma wspólnego Internet z Niebem. Zastanawiamy się nad tym nietypowym, bo książkowym wydaniu bloga poświęconego tej świętej. Książka napisana ciekawym i łatwym w odbiorze językiem. Można odnieść wrażenie, że Faustyna jest współczesną rówieśniczką dzisiejszej młodzieży. Nawet byłą modelkę Anię Golędzinowską blog Faustyny tak wciągnął, że postanowiła zmienić całe swoje życie, o czym pisze we wstępie do książki. Jeśli czujesz się młody (nie tylko ciałem!) i nie boisz się wyzwań, to książka jest właśnie dla Ciebie!

Informacja o autorach:

Marcin Kornas: urodzony w 1971 r. na Śląsku, wyemigrował do Niemiec, gdzie ukończył edukacje i pracował dla Diecezji Aachen (Akwizgran). W środowiskach młodzieżowych tworzył spektakle teatralne i musicale, jako scenarzysta, scenograf i aranżer muzyki. Po powrocie do Polski pracował w branży informatycznej, będąc jednocześnie ekspertem w szkoleniach dla wyższej kadry zarządzającej. Od ośmiu lat współpracuje z Wydawnictwem Misericordia przy Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach (początkowo jako tłumacz, później redaktor, grafik i reżyser publikacji multimedialnych).
Jest mężem, ojcem dwóch córek i członkiem Świeckiego Zakonu Karmelitów Bosych.  

„Dzięki Faustynie Jezus dał mi zupełnie nowe życie

 Miłosierdzie Boże naprawdę jest wielkie! Doświadczyłam tego sama na sobie, w moim własnym, bardzo skomplikowanym i trudnym życiu. Świętej Faustyny Kowalskiej nie znałam nigdy wcześniej. Aż do tego dnia…Wcześniej byłam modelką, chodziłam po najbardziej znanych mediolańskich wybiegach, występowałam w telewizji, żyłam luksusowo, bez ograniczeń, ale w świecie, gdzie było też wiele zła. W pewnym momencie takie szalone, ale właściwie puste życie zaczęło mnie męczyć. Szukałam czegoś, może Kogoś? Powoli zaczęłam podążać w kierunku Boga, aż w końcu porzuciłam cały ten kolorowy i dostatni, ale brudny świat. Niedługo po moim nawróceniu pojechałam do Medjugorie i zostałam tam na dłużej. Pozwolono mi zamieszkać przy klasztorze sióstr zakonnych. Zamknęłam się na dziewięć dni w małym drewnianym domku-pustelni, aby modlić się i pościć. Żadnego kontaktu ze światem. Zabrałam ze sobą jedynie Dzienniczek św. Faustyny, który znalazłam w klasztornej bibliotece, i Ewangelię. Tak właśnie poznałam Faustynę. Był to przypadek-nieprzypadek. Zainteresowałam się bowiem Dzienniczkiem tylko dlatego, że jego autorka miała polsko brzmiące nazwisko.

Przez te dziewięć dni byłam sama, nie rozmawiałam z nikim. Raz dziennie odwiedzała mnie tylko matka przełożona. Coraz bardziej doskwierał mi post o chlebie i wodzie. Po zmroku słuchałam dobiegającego z zewnątrz gwaru miasta i głęboko oddychałam świeżym powietrzem wpływającym przez małe okienka do drewnianej pustelni. Moje serce napełniało się coraz większym pokojem. Mój umysł unosił się swobodnie, niczym nieobciążony, i wydawało mi się, że dostrzegam pewne podobieństwo pomiędzy św. Faustyną a mną. Coś, co dla człowieka, który nie ma mocnej i głębokiej relacji z Bogiem, może się wydać szaleństwem, chorobą psychiczną. I ja wtedy tak się czułam, jakbym była jednym z tych szaleńców Bożych. Chciałam całym sercem wejść w lekturę tej książki. Nie ślizgać się jedynie po powierzchni, ale dotrzeć do najgłębszych pokładów zawartej w niej treści. Cisza i samotność bardzo mi w tym pomagały. Jestem przekonana, że gdybym sięgnęła po tę książkę jako lekturę na plażę, nie przeczytałabym do końca nawet jednej strony. Bardzo ważne jest, aby czytać to dzieło w skupieniu, w samotności, w gotowości, aby dać się kształtować zawartym tam słowom, aby pozwolić temu przesłaniu na przemienianie naszego serca, na umeblowanie go na nowo według Bożego projektu. Ważne jest również, aby ktoś, kto nie czyta w swoim życiu często i dużo, otworzył od czasu do czasu tę książkę i przeczytał choćby jeden rozdział, jedną stronę. Aby spróbował uczynić te słowa swoimi, aby przyjął je jako słowa Jezusa, który w tym konkretnym momencie chce do człowieka mówić, chce przemieniać jego serce, odpowiadać na jego pytania, pocieszać, uzdrawiać, dawać rady. Zanurzając się tę cudowną lekturę, zrozumiałam, co znaczy uczyć się samego siebie, poszukiwać Boga – Kogoś większego od nas, o Kim wiemy, że istnieje, ale nie jesteśmy w stanie Go pojąć. Doskwierający mi z powodu postu głód nie był już żadnym fizycznym dyskomfortem, ponieważ karmiłam się słowami Dzienniczka, tak jakby one były pokarmem, i próbowałam uczyć się tego wszystkiego, co Jezus dawał tej ubogiej, pokornej, świętej Siostrze i co stało się wielkim i pożytecznym darem również dla mnie. Jak wiele razy spotyka nas w życiu cierpienie? Jakże często mamy wrażenie, że otaczająca nas rzeczywistość jest niesprawiedliwa? Nasza dusza odczuwa w związku z tym wielki ból, który w niczym nie znajduje ukojenia. Może je znaleźć tylko w Bogu! Miłosierdzie Boże jest najwspanialszym źródłem oczyszczającym człowieka z jego cierpienia.

Często dzieje się tak, że przez długi czas żyjemy pogrążeni w rozpaczy i nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak się dzieje, jaka jest przyczyna naszej udręki, dlaczego Bóg nas karze. Dokładamy wszelkich starań, aby być jak najlepszym wobec innych, a oni ciągle są przyczyną naszych zranień i cierpienia. Wtedy nasze serce przenika duch złości, nienawiści czy zemsty, który nie pochodzi od Boga, ale od Szatana. Dużą część naszego czasu spędzamy, myśląc nad tym, w jaki sposób możemy odpłacić za to, co złego uczynili nam inni. Pamiętam, że wiele razy myślałam: Dlaczego ten ktoś, kto mnie skrzywdził, ma się dobrze, żyje szczęśliwie, kiedy tak wiele dobrych ludzi odchodzi przedwcześnie? Przecież to on powinien umrzeć za to, co mi zrobił, za morze cierpień, które przez niego musiałam znosić. Takim ludziom życzymy, aby przytrafiły im się jak najgorsze rzeczy. Tymczasem takie myślenie powoduje tylko nasze wypalenie i zgorzkniałość. Dzieje się tak dlatego, że nasze serce nie jest już w stanie otworzyć się na dobro. Udało mi się odkryć odpowiedź na powyższe pytanie i znaleźć antidotum na moje błędne myślenie. Jezus przez swoje nieskończone miłosierdzie i nieskończoną miłość do nas patrzy w głębię naszego serca i na nowo daje nam zdolność kochania. Abyśmy mogli wejść w nowe życie, życie wieczne, tu, na ziemi, musimy nauczyć się kochać. Tylko w ten sposób przygotujemy się i będziemy godni tego, aby wejść do raju. Kto jest gotowy, tego Pan zabiera do siebie. Może to jest klucz do zrozumienia faktu, dlaczego ludzie dobrzy czasem tak szybko umierają… Ponieważ tam, w niebie, czekają na nas rzeczy niewyobrażalnie większe, piękniejsze niż ziemska egzystencja. Jeśli Bóg uzna, że ktoś jest już gotowy na przejście, zostaje zabrany w cudowną przestrzeń raju. Jest to nagroda. Taki człowiek nie ma już żadnych pragnień, aby wrócić na ziemię. My opłakujemy jego śmierć, co jest zrozumiałe, bo przecież nawet Jezus płakał po śmierci swojego przyjaciela Łazarza. Płacz jednak to jedno, a rozpacz to coś zupełnie innego. Jeśli wierzymy w Boga, to wiemy, że któregoś dnia spotkamy się z Nim znowu. Chcę wierzyć, że Bóg zostawia tu, na ziemi, dłużej ludzi, którzy mają coś do odpracowania, dając im w ten sposób szansę, aby mogli zrozumieć swój błąd, nawrócić się, zmienić swoje życie i naprawić wyrządzoną krzywdę.

Dzięki Siostrze Faustynie zrozumiałam, że przebaczenie i miłosierdzie to dwa najważniejsze narzędzia do tego, aby móc zbliżyć się do Boga, aby mieć pokój w sercu, aby doświadczyć prawdziwej miłości. Kto czytał moją książkę Ocalona z piekła, ten wie, że miałam wiele powodów, aby nienawidzić ludzi, w tym także mojej matki za to, że zostawiła mnie, jak psa wyrzuciła z domu i ze swojego życia. Nienawidziłam jej z całego serca i życzyłam jak najgorzej. Później zrozumiałam, że muszę przebaczyć wszystkim, także tym, którzy w sposób niesprawiedliwy wyrządzili mi wiele zła. Zrozumiałam, że jeśli tego nie zrobię, to skrzywdzę samą siebie.Przebaczając, nie robi się tego tylko dla tych, którzy wyrządzili nam krzywdę, ale przede wszystkimdla siebie. W ten sposób nasza dusza wyzwala się z nienawiści, z tych wszystkich złych uczuć, które nie pozwalają otworzyć się na dobro, które uniemożliwiają łasce Bożej podjęcie jakiegokolwiek działania w człowieku. Wiele razy prosimy Boga o różne rzeczy, o pomoc, szczególne łaski. Ale jeśli nasze serce pełne jest śmieci, pełne jest woli zemsty i sprawiedliwości według zasady oko za oko, to gdzie Bóg ma zmieścić te łaski? Nie ma na nie miejsca. Kiedy rzeczywiście udało mi się przebaczyć, moje kamienne serce rozpadło się na milion kawałków i poczułam wielką ulgę, niesłychaną lekkość. Po wielu latach mogłam na nowo przytulić moją mamę. Płakałyśmy obie. Przeprosiłyśmy się nawzajem. I dopiero wtedy zauważyłam i zrozumiałam, że nie miałam prawa obarczać ją winą za to, że nie była dobrą matką, ponieważ ona też kiedyś była dzieckiem, ona także nosiła w sobie wielkie pragnienie miłości, ale nikt jej nie nauczył ani kochać, ani przebaczać. Nikt jej nie powiedział, czym jest miłosierdzie… Dlatego i ona nie umiała mi tego dać ani mnie tego nauczyć. Nie ma innej drogi do nieba niż przebaczenie.

Nie ma innej drogi do uwolnienia się od własnych cierpień niż przebaczenie. Tak jak Jezus przebaczył mi moje grzechy i chciał na nowo wziąć mnie w swoje ramiona, tak ja muszę przebaczać i żyć przebaczeniem na co dzień. Wiem, że w czasie egzorcyzmów Szatan wiele razy mówi: „Nie chcę znać Boga miłosiernego, chcę Boga sprawiedliwego!”. Ale nie ma sprawiedliwości bez przebaczenia. Jest to temat, który nigdy nie przestanie być aktualny. Ponieważ każdy z nas chce być kochany, rozumiany, każdy pragnie przebaczenia. Modląc się modlitwą, której nauczył nas Jezus, wypowiadamy słowa: „Odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Prosimy więc: „Boże, przebacz nam taką miarą, jaką jest nasze przebaczenie wobec innych ludzi”. Jak więc moglibyśmy myśleć, że zasłużyliśmy na niebo, jeśli będzie choć jedna osoba, której nie wybaczyliśmy? Jezus Miłosierny, którego poznałam dzięki św. Faustynie, uczy nas właśnie tych dwóch rzeczy: przebaczenia i pokory.

Dzięki lekturze Dzienniczka odkryłam również, że jest taka rzeczywistość, którą nazywamy czyśćcem. Wcześniej nie widziałam, że dusze mogą trwać w takim miejscu, że mogą znaleźć się w sytuacji, z której same nie mogą się uwolnić, ale którym my możemy pomóc, modląc się za nie i błagając Boga o miłosierdzie nad nimi. One bardzo cierpią, ponieważ w swoim ziemskim życiu nie udało im się zapracować na niebo. To jest miejsce oczyszczenia, gdzie, owszem, doświadcza się cierpienia, ale dlatego, że człowiek zdaje sobie sprawę ze swoich grzechów, z tego, że być może za mało kochał, za mało było w nim przebaczenia, zbyt mało czasu poświęcił na uwielbienie Boga. Nie było w nim szacunku do tego wszystkiego, co Bóg mu dał, do ciała, zdrowia, rodziny, stworzenia. Prawdziwym cierpieniem jest piekło – stan wiecznego oddalenia od Boga bez cienia nadziei na Jego bliskość. Cierpienie w czyśćcu to cierpienie z nadzieją na bycie blisko Boga. Bardzo ważne jest, aby był ktoś, kto będzie się modlił o uwolnienie dusz z czyśćca. Taka modlitwa ma wielką moc u Boga. Warto więc wstawiać się za tymi, których już nie ma wśród nas, a którzy być może czekają jeszcze w czyśćcu na pełne oczyszczenie i moment zjednoczenia z Bogiem w niebie. Pamiętajmy więc o duszach cierpiących w czyśćcu. Naprawdę możemy im pomóc!

Tego wszystkiego nauczyłam się, czytając Dzienniczek Siostry Faustyny. Jest tam o wiele więcej ciekawych rzeczy, o których nie wspomniałam, bo chcę dać Wam możliwość, abyście sami odkryli postać tej wielkiej. Świętej oraz przesłanie, jakie za jej pośrednictwem Jezus Miłosierny dał całemu światu. Zanurzcie się w tajemnicy Bożego miłosierdzia, a zyskacie bardzo wiele.Po dziewięciu dniach mojego postu w Medjugorie trzymałam w ręku Dzienniczek i w głębi serca usłyszałam głos, który mówił do mnie bardzo wyraźnie: „Zostaw wszystko i chodź za Mną”. Zostawiłam więc wszystko i poszłam za tym głosem. Tak Jezus dał mi zupełnie nowe życie.”

Anna Golędzinowska

„Któż jak Bóg” Dwumiesięcznik o Aniołach i życiu duchowym – nr marzec/kwiecień 2015 – Polecamy

Ktoz jak Bog nr 2-2015 _DRUK.inddAniołowie nieustannie prowadzący ludzi do Boga

Albowiem tak mówi Pan Bóg: Oto Ja sam będę szukał moich owiec i będę miał o nie pieczę […]. Na dobrym pastwisku będę je pasł, na wyżynach Izraela ma być ich pastwisko […]. Ja sam będę pasł moje owce i Ja sam będę je układał na legowisko – wyrocznia Pana Boga. Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Będę pasł sprawiedliwie (Ez 34, 11.14a-16). Kościół święty to Nowy Izrael. A jego wyżyny to Jezusowy, ewangeliczny styl życia. To tam Bóg nas prowadzi i karmi posługą pasterzy Kościoła i świętych Aniołów.

Dom wiarą oddychał…

Domenico Giuliotti (1877-1956), poeta i pisarz, urodził się we Włoszech w pobliżu Florencji w rodzinie, w której wprost „oddychało się” wiarą katolicką. Oto jak wspomina on swoje dzieciństwo i dom rodzinny: „Moje dzieciństwo upływało w starej odludnej willi, położonej na szczycie pagórka. Otaczały mnie osoby naprawdę czyste i świątobliwe, babcia, rodzice i rodzeństwo. Były to czasy, kiedy mieszkańcy wiosek, po ciężkim dniu pracy na roli, gromadzili się w kuchni, rozjaśnionej jedynie ogniem z pieca i klęcząc na podłodze odmawiali różaniec, podczas gdy w wielkim rondlu przysmażyła się cebula do zupy zjadanej później z kromką czarnego chleba.
Mój ojciec, potomek zubożałej szlachty, pełnił obowiązki ekonoma w dużym gospodarstwie rolnym zamożnej rodziny szlacheckiej. Był dobry dla ludzi, wprost przyjacielem i ojcem dla swoich podwładnych. Moja matka, wywodząca się z rodziny chłopskiej, szlachetna, pracowita i gospodarna, swoje domowe obowiązki przeplatała modlitwą. Rano obowiązywała krótka modlitwa dziękczynna do Pana za szczęśliwie minioną noc, a następnie prośba o Boże błogosławieństwo na nowy dzień pracy. W południe, zanim usiadło się do posiłku, odmawialiśmy Anioł Pański, a wieczorem przed pójściem do łóżek, mówiliśmy Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Wierzę w Boga. Modlitwy te odmawialiśmy wspólnie z rodzicami i spływały one do naszych serc jako życiodajne światło”.
Niestety w latach młodzieńczych Domenico Giuliotti brutalnie odwrócił się od Chrystusa i stał się zaciętym wrogiem Kościoła i wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z chrześcijaństwem. Stał się – jak sam to określił – „zwolennikiem Antychrysta”. Ale od tego momentu – jak wspomina – jego serce nie zaznawało pokoju. W poszukiwaniu pokoju serca, chętnie udawał się w góry, gdzie cisza i piękno przyrody dawały mu chociaż namiastkę wewnętrznego pokoju i równowagi. Lecz ciągle brakowało mu czegoś i nadal tego poszukiwał. Z czasem zrozumiał, że to sam Bóg przemawia do niego pięknem przyrody i niepokojem serca. I tak stopniowo rozpoczęła się jego powrotna droga ku Bogu.

Opatrznościowe spotkanie

Pewnego dnia, wędrując górskim szlakiem, usłyszał szczekanie psa. Domyślił się, że w pobliżu jakiś pasterz wypasa swoje owce. Coś mu mówiło, by zbliżył się do niego. Spotkał się z życzliwym i zapraszającym uśmiechem. Pasterz nie miał więcej niż pięćdziesiąt lat, chociaż jego siwiejąca długa broda, przydawała mu wieku. Głos miał miękki i łagodny, z pewnym zaśpiewem miejscowej gwary. Z kilku zdań, które wypowiedział, od razu było widać jego stateczność i rozsądek. Wypowiadał słowa wolno i rozważnie, jakby liczył złote monety.
Domenico Giuliotti natychmiast nabrał do niego zaufania i zaczął mu się zwierzać z tego, co niepokoiło jego serce. Wówczas pasterz rzekł: „W tych sprawach, to ksiądz może ci najwięcej pomóc. Mnie pomógł i to bardzo. Dzięki niemu odnalazłem drogę do Boga i do siebie. Wiesz, kiedyś w latach młodzieńczych, na weselu mojego kolegi, wdałem się w bójkę i zdzieliłem kogoś nieco za mocno. Broń Boże, żył jeszcze, ale od tego czasu niknął w oczach, a po roku zmarł. Czułem straszne wyrzuty sumienia. Nie umiałem sobie znaleźć miejsca. Rozgoryczony i zagubiony udałem się do babki po radę.
– Idź do księdza – powiedziała. Poszedłem. Miałem z nim kilka rozmów. Przy jednej z nich, poradził mi:
– Udaj się do jego matki i proś o przebaczenie. – Zdębiałem. – Idź, nie bój się! Gdy otrzymasz jej przebaczenie, wróć do mnie, a ja ci dam rozgrzeszenie. – Poszedłem. Rzuciłem się przed nią na kolana i szlochając powiedziałem:
– Matko, przebacz mi. Nie chciałem tego uczynić. Naprawdę, nie chciałem. Stało się. Niechcący, stało się.
– No tak, czasem coś się zrobi, co ciąży przez całe życie i czego się później bardzo żałuje.
– Matko, mogę wam odrobić pracą na roli. Jakoś wynagrodzić za uczynione zło.
– Nie ma ceny za życie ludzkie. Jest bezcenne. Niczym go nie zapłacisz.
– Chcę to jakoś wynagrodzić. Muszę to zrobić, bo inaczej zwariuję.
– Jest na to sposób, jeden jedyny. Bądź dobrym człowiekiem. Czyń dobro każdemu, kogo napotkasz, a przede wszystkim broń ludzkiego życia. Ono jest największym Bożym darem. Broń życia. Tylko tego od ciebie oczekuję.
Gdy powstałem z klęczek, czułem jakby mi skrzydła urosły. Jej oczy przez łzy mówiły mi: „Przebaczam! Pamiętaj, bądź dobrym człowiekiem! Broń życia, broń ludzkiego życia!” Wkrótce potem założyłem rodzinę. Bóg dał nam siedmioro dzieci. Z mojej pracy jakoś wystarcza nam na utrzymanie. Czujemy się zadowoleni i szczęśliwi”. Czytaj dalej

Wywiad z Normą McCorvey. Rozmawia reżyser filmu „DOONBY” Peter Mackenzie.

Wywiad z Normą McCorvey – DOONBY from Dom Wydawniczy RAFAEL on Vimeo.

Norma McCorvey (na zdjęci obok), była ikoną ruchów proaborcyjnych. Jej sądowa sprawa z początku lat 70. XX wieku znana jako Roe przeciw Wade’owi doprowadziła do legalizacji w USA aborcji na życzenie. image001
Od tego momentu w Stanach Zjednoczonych przeprowadzono około 50 milionów aborcji. W 1995 roku przeżyła nawrócenie i od tego czasu stała się obrończynią życia. Zagrała epizodyczną rolę w filmie Doonby. Każdy jest Kimś.

„Doonby. Każdy jest Kimś” – reżyser filmu właśnie przyjechał do Polski!

Peter Mackenzie, reżyser filmu „Doonby. Każdy jest Kimś” właśnie przyjechał do Polski  ,i pozostanie do 25 marca (Dzień Świętości Życia). Jako autor tekstów reklamowych w jednej z czołowych światowych agencji Peter wyprodukował i wyreżyserował ponad 200 reklam na całym świecie, wygrywając dzięki nim wiele nagród. Wyprodukował i wyreżyserował filmy pełnometrażowe wyświetlane na całym świecie, między innymi Handlarze wojny i Mission Manila, pisał również scenariusze i brał udział w wielu image002rozmaitych projektach.

„Doonby. Każdy jest Kimś” to głośny film z przesłaniem pro-life. To ważna i wciągająca historia opowiedziana w wyśmienity sposób.
To jeden z najlepszych filmów tego typu w ostatniej dekadzie…

Smaczku filmowi dodaje fakt, że epizodyczną rolę zagrała w nim Norma McCorvey, która w początkach lat 70. XX wieku jak nikt inny przyczyniła się do legalizacji w Stanach Zjednoczonych aborcji na życzenie, a obecnie jest działaczką ruchów pro-life.

Od 27 marca w polskich kinach.

https://vimeo.com/119128474.  – zwiastun w j. polskim
https://www.facebook.com/pages/Filmy-kt%C3%B3re-zmieniaj%C4%85-%C5%BCycie/1433433930282695?sk=likes – profil FB
http://doonby.pl/ – strona filmu

Film, który wstrząsnął światem – Polecamy. „Bóg nie umarł”. Co czyni ten film wyjątkowym?

indeksFilmy ewangelizacyjne często kojarzą się z infantylizmem. Ich treść, nawet jeśli dotyka ważnych problemów, często odstrasza wielu widzów. Podane jak na tacy odpowiedzi i pełne schematów postawy nie są do końca tym, co przemawia do młodych ludzi. Całe szczęście, na ekranach kin pojawiają się również takie filmy, które skutecznie przełamują ten trend. Jednym z nich jest „Bóg nie umarł”. Co czyni ten film wyjątkowym?

„Bóg nie umarł” to film nakręcony w ciekawej konwencji. Składa się z kilku, z pozoru nie związanych z sobą historii, które niespodziewanie łączą się całość. Aktorzy, choć nie stanowią czołówki Hollywood, grają jak na dobrych aktorów przystało. Film, mimo skromnego budżetu, okazał się totalnym hitem na całym świecie, nie wyłączając nawet państw w których katolicy stanowią zdecydowaną mniejszość jak np. Japonia. Na szczególną uwagę zasługuje muzyka, która z pewnością spodoba się młodym widzom. Energetyczne utwory chrześcijańskiej grupy The Newsboys (która również zagrała w filmie) sprawiają, że widz – zwłaszcza pod koniec filmu – otrzyma sporą dawkę pozytywnej energii. Ale nie są to jedyne powody dla których „Bóg nie umarł” zasługuje na uwagę.

„Bóg nie umarł” to również film o wielu wątkach. Nie dotyka jednego problemu ale przenosi w przestrzeń jakiej każdy z nas doświadcza na co dzień. Trudne wybory, niedające się pogodzić kompromisy, skomplikowane wyzwania – to tylko niektóre z poruszanych w tym filmie problemów. Czy nie brzmią dziwnie znajomo? Akcja filmu rozpoczyna się, kiedy Josh, świeżo upieczony student, postanawia przyjąć wyzwanie profesora Radissona, zagorzałego ateisty. Wykładowca już na pierwszych zajęciach daje swoim studentom ultimatum: albo podpiszą ogłaszającą „śmierć Boga” deklarację i uwolnią się od obowiązku zaliczania wyjątkowo trudnej i wymagającej partii materiału, albo pożegnają się z dobrą oceną na koniec semestru. Chyba, że uda im się udowodnić, że Bóg rzeczywiście istnieje. Kiedy studenci bez namysłu spełniają wolę wykładowcy, Josh zaczyna rozumieć, że podpisanie deklaracji rzeczywiście uśmierci Boga – w jego własnym sumieniu. Postanawia podjąć wyzwanie. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że decyzja którą podejmuje odmieni życie jego i wielu innych osób. Przedstawiona w filmie rzeczywistość ukazana jest z dwóch perspektyw. Z jednej strony jawi się jako przestrzeń w której Bóg już dawno został uznany za relikt przeszłości. To punkt widzenia ateistów. Druga perspektywa przedstawia świat widziany oczami chrześcijan. Ich wiara zostanie jednak poddana próbie, a wybory jakich będą musieli dokonać nie zostawią miejsca na kompromisy. Każdy z bohaterów, niezależnie od tego czy jest ateistą czy wierzącym, stara się odnaleźć brakujący fragment układanki – to COŚ, co sprawi, że życie nabierze wreszcie barw. Dzięki temu film ma bardzo uniwersalny charakter i może dotrzeć do osób, które już dawno dały za wygraną, raz na zawsze uśmiercając Stwórcę.

„Bóg nie umarł” to także film o relacjach. Każda z przedstawionych w nim historii ma na celu rozszerzenie akademickiej dyskusji o szerszy wymiar. Wśród bohaterów znajdzie się zatem ambitna blogerka, studiujący razem z Joshem, syn chińskiego biznesmena, islamska dziewczyna, która ukrywa przed ojcem pewną tajemnicę, a także cierpiąca na demencję staruszka, której dzieci – w skrajnie odmienny sposób – przeżywają chorobę matki. Właśnie te, z pozoru nie mające z sobą nic wspólnego historie, staną się tłem dla stwierdzenia profesora Radissona: „Bóg umarł”. A jeśli umarł, wszystkie chwyty są dozwolone. Dyskusja tocząca się w filmie ma charakter otwarty. Zarówno Josh, jak i profesor Radisson prowadzą ją w oparciu o konkretne, ustalone wcześniej zasady: ostatnie dwadzieścia minut każdego z trzech pierwszych wykładów ma zostać poświęcone na, jak twierdzi prowadzący zajęcia, bezsensowną ale opartą na naukowych dowodach dyskusję, która ostatecznie położy kres archaicznym przekonaniom o istnieniu „dyktatora niebios” i da młodemu studentowi nauczkę. Film nie stawia więc ateistów pod ścianą. Co ciekawe, to właśnie surowa, pozbawiona duchowego pierwiastka rzeczywistość przedstawiona jest jako ta bardziej uprzywilejowana. Może właśnie dlatego, już od początku filmu, widz ma możliwość zetknąć się z trudnościami z jakimi musi mierzyć się każdego dnia chrześcijanin. Wiara w żywego Boga nie jest bowiem łatwa, a wybory jakie podejmują bohaterowie stają się coraz trudniejsze. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy tocząca się na uniwersytecie debata zaczyna powoli przeradzać się w coś więcej, niż akademicka dyskusja. Profesor, widząc zaangażowanie i determinację młodego studenta, zaczyna rozumieć, że sprawa wymyka się spod kontroli, a jego argumenty powoli przebijają skorupę, która w imię świętego spokoju, nakazała studentom podpisać deklarację. „Bóg nie umarł” porusza problem wiary na wielu, różnych płaszczyznach. Daje możliwość spojrzenia na chrześcijaństwo nie tylko z perspektywy studentów, ale również profesorów, biznesmenów, a nawet wyznawców innych religii (!), w których opowiedzenie się po stronie Boga wymaga czasem jeszcze większego radykalizmu, niż w chrześcijaństwie. Jednak, czy właśnie na tym Panu Bogu naprawdę zależy?

W działaniu Boga, podobnie jak w wierze nie ma miejsca na logikę. Spór świeżo upieczonego studenta ze znanym profesorem, trudne wybory bohaterów i jeszcze trudniejsze relacje między nimi – to wszystko bez wiary skazane byłoby na porażkę. Na szczęście, „Bóg nie umarł” pokazuje ostatecznie, że nawet takie zjawiska jak ateizm, egoizm oraz zło i cierpienie (!) mogą w końcu otworzyć drogę do poznania Boga. Wystarczy tylko drobny akt woli ze strony człowieka.

Resztą zajmie się Bóg. Bóg, który nie umarł.

źródło: http://www.deon.pl/po-godzinach/rozrywka–relaks/film/art,1164,film-ktory-wstrzasnal-swiatem.html